Opowieści o zbliżającym się końcu świata zawsze fascynowały ludzi, więc i przepowiadanych dat owej apokalipsy nie brakowało. Tacy jasnowidzowie jak Nostradamus czy Edgar Cayce wskazywali na przełom wieków XX i XXI jako ów czas ostateczny, jak na razie jednak nic się szczególnego nie wydarzyło więc wszelakiej maści amatorzy New Age poszukali wskazówek gdzie indziej. Padło na kalendarz Majów i pewne proroctwa Egipcjan. W swej książce „Proroctwo Oriona na rok 2012” Patrick Geryl i Gino Ratinckx twierdzą, że złamali starożytne szyfry gwiezdne sprzed 10000 lat, jak choćby tajemniczy znak z Dendery i na podstawie swych odkryć napisali prawdopodobny scenariusz końca świata. Otóż ów koniec będzie miał związek ze zwiększoną aktywnością naszej najbliższej gwiazdy – Słońca. Podczas tego okresu hiperaktywności Słońce będzie emitować potężne promieniowanie elektromagnetyczne, które doprowadzi do zmiany biegunów Ziemi i tym samym zmiany jej obrotów, co z kolei spowoduje wielkie trzęsienia ziemi i rozpad kontynentów. Autorzy podali nawet dokładną datę tych wydarzeń - 21 grudnia 2012.
To oczywista bzdura, słabe pole magnetyczne Ziemi nie jest w stanie nijak widocznie wpłynąć na jej ruch obrotowy, sam fakt przebiegunowania owszem może mieć miejsce (i miał miejsce w przeszłości), ale czas jego trwania jest tak długi (tysiące lat), że w zasadzie jego efektów fizycznych nie da się zauważyć bez instrumentów pomiarowych. Pole magnetyczne Ziemi jest monitorowane przez satelity od dwudziestu lat i na podstawie wyników tego monitoringu, zwłaszcza odkryć nowych anomalii magnetycznych, niektórzy naukowcy twierdzą, że proces przebiegunowania właśnie trwa, ale do jego kulminacji musimy poczekać jeszcze około tysiąca lat. Co się tyczy wzmożonej aktywności słonecznej, to zdarza się ona co jakiś czas, ale jej jedynym szkodliwym skutkiem są zakłócenia w radiokomunikacji i uszkodzenia linii energetycznych przy większych burzach magnetycznych. Jeden z 
większych sztormów magnetycznych mamy już za sobą, zaobserwowano go październiku i listopadzie 2003 r (dane z Centrum Badań Kosmicznych PAN). Jego skutkami były wzmiankowane wyżej zakłócenia w łączności i intensywne zorze polarne na niskich i średnich szerokościach geograficznych. Jakiś gigantyczny "sztorm" magnetyczny teoretycznie mógłby spowodować duże szkody powodując tzw. Blackout - sparaliżować miasta, spowodować straty w przemyśle i spowodować wybuch paniki wśród ludności, ale mimo wszystko, to jeszcze nie koniec świata.
Podobnym śladem, co autorzy „Proroctwa Oriona” idą inni propagatorzy dni ostatnich i wskazują na kalendarz Majów, którego cykl kończy się 21 grudnia 2012 roku wiążąc ten fakt z końcem świata. To również jest bzdurna koncepcja, zgodnie z logiką Majów koniec jednego cyklu jest początkiem następnego, tak jak po roku 2000 zaczęło się kolejne tysiąclecie naszego kalendarza, koniec cyklu nie oznacza końca świata. Tak przy okazji, koniec świata Majów nastąpił dużo, dużo wcześniej, czego nie przewidzieli w swym kalendarzu...
Inna teoria mówi, że koniec świata nastąpi podczas koniunkcji Słońca i centrum naszej galaktyki. Sęk w tym, że żadna koniunkcja, czyli ułożeniu się ciał niebieskich w jedną linię nigdy naszej planecie nie zaszkodziła. Na przykład do końca świata miało dojść 5 maja 2000 r., gdy Merkury, Wenus, Jowisz, Mars i Saturn ustawiły się w jednej linii ze Słońcem i Księżycem, i co ? Nic...
Inne poszlaki pochodzą z Bibli: Od biblijnego potopu do 20.12.2012 minie 11 500 lat Dzień i miesiąc odpowiada samej dacie: 20.12.2012
To już jest czysta numerologia, ale powiązana z innymi przepowiedniami, może faktycznie straszyć wietrzących w nieomylność Bibli.
Jeszcze inna teoria mówi o przelocie w pobliżu Ziemi dużego ciała niebieskiego tzw. Planety X (Nibiru - z mitologii mezopotamskiej). Zwolennicy teorii apokaliptycznych wiążą tą planetę z wysłaniem w 1982 r przez NASA sondy IRAS której odkrycia ponoć potwierdzają istnienie takiego obiektu.
Trudno jednak zakładać, że takie odkrycie, zwłaszcza jeśli orbita owej planety przebiegałaby w pobliżu Ziemi, nie stało by się sensacją na skalę światową. Tymczasem mówią o niej w zasadzie wyłącznie propagatorzy apokalipsy. Jeśli jednak w układzie słonecznym istniałaby taka 10 planeta i jej orbita przebiegałaby gdzieś w pobliżu Ziemi, to faktycznie jest możliwe, że oddziaływanie sił pływowych tego ciała (grawitacja) mogło by mieć duży wpływ (w przeciwieństwie do magnetyzmu) na naszą planetę.
Siły grawitacyjne odpowiednio dużego obiektu zbliżającego się do Ziemi faktycznie mogą wywołać wielkie trzęsienia ziemi, powodzie i zniszczenie całych kontynentów. Problem w tym, że geologia nie zna takich nagłych zmian w skali globalnej, a według przepowiedni powinny one odbywać się, co 3600 lat. (Tyle podobno trwa pełny okres obiegu planety Nibiru po swej orbicie)
[Ciekawy artykuł dr Wojciecha Borczyka i dr Piotra A. Dybczyńskiego z Instytutu Obserwatorium Astronomiczne UAM w Poznaniu:
2012: Planeta X to nie Nibiru]

Rys1. Artystyczna wizja powrotu planety X
Bardziej prawdopodobny jest scenariusz przelotu w pobliżu Ziemi (lub zderzenia) z dużą planetoidą, których odkrywa się coraz więcej.
Można mieć tylko nadzieję, że planetoida na kursie kolizyjnym z Ziemią zostanie odpowiednio wcześnie wykryta i że ludzkość stanie na wysokości zadania, zjednoczona. Środki techniczne do wykorzystania na skalę kosmiczną zapewne by się znalazły, potrzebny byłby tylko czas i zjednoczenie.
Zagłada nadchodząca z kosmosu nie jest wykluczona, ale raczej nie nastąpi ona w 2012 roku. Tymczasem na końcu świata można zbić dobry interes, nie tylko na książkach i filmach, ale np. na sprzedaży działek w Afryce (ponoć ten kontynent dozna najmniejszych uszkodzeń) Więcej w artykule: Koniec świata za trzy lata? na Onet.pl
Dlaczego o tym piszę? Ot choćby z powodu filmu „2012” który właśnie wyświetlany jest na ekranach naszych kin. Film oparty na bzdurnej koncepcji niestety genialny nie jest, lepiej podczas oglądania wyłączyć analityczne myślenie i nie zastanawiać się jakim cudem neutrina (scenarzyści sądzili chyba, że to trudne i nieznane słowo) zmieniają się w mikrofale... Można iść do kina tylko dla efektów specjalnych, ale również te po pierwszej godzinie zaczynają być nużące i wtórne. Film po prostu nudzi powielanym w nieskończoność hollywoodzkim schematem katastroficznym. Bohaterstwo, poświęcenie i oczywiście happy end to atrybuty tego typu filmów. Roland Emmerich dał nam po prostu jeszcze jeden Dzień niepodległości i Pojutrze razem wzięte tylko skala kataklizmu naprawdę jest inna, oszałamiająca swą wielkością. W sumie można obejrzeć, ale tylko raz.
Podobny artykuł: Przepowiednie końca świata. Czy jest w tym ziarno prawdy?
[Zdjęcie Słońca - NASA. sohowww.nascom.nasa.gov]